Jak od jednej Pyzy wszystko się zaczęło

2017-08-05 12:00:00 (ost. akt: 2017-09-08 15:02:09)

Podziel się:

Helena Wróblewska z córką

Helena Wróblewska z córką

Autor zdjęcia: Agnieszka Baranowska

Kierźliny, miejscowość w gminie Barczewo. Właścicielką Gospodarstwa Rolnego „Nad Arem”jest Helena Wróblewska. Choć nigdy nie była rolnikiem, 26 lat temu zostawiła miasto dla tych pięknych okolic. Za to była i jest pasjonatką kóz. Rozmawiamy, jak pasja zamieniła się w biznes.

— Jak to się stało, że z mieszkanki miasta stała się pani mieszkanką wsi?
— Zawsze marzyłam, żeby zamieszkać na wsi. Gdy przyjechałam tu pierwszy raz i zobaczyłam jezioro, stwierdziłam, że to moje miejsce na ziemi. Udało się kupić posesję. Wszystko było jedną, wielką ruiną, ale już w 1991 roku sprowadziliśmy się z Olsztyna do Kierźlin.

— Mieszka już pani na wsi, ale nie jest pani rolniczką.
— Jeszcze zawodowo związana byłam z Olsztynem, ale więcej czasu spędzałam na wsi. Córki bliźniaczki miały wówczas po 5 lat, więc zajęć nie brakowało. Kupiliśmy jedną kotną kozę o imieniu Pyza. Urzekła mnie od pierwszej chwili. Zdziwiło mnie to, że jest taka inteligentna, zachowywała się jak pies. Stała przed domem i czekała, kiedy wrócę z miasta, szła ze mną na spacer i pasła się. Pyza niedługo potem okociła się i urodziła jedną kózkę. A córka powtarzała „Mamo ja chcę mieć całe stado kóz”. I tak jakoś tym tropem poszliśmy. W latach 90. był boom na kozy.

— Czy miała pani jakiś plan?
— Nie myślałam o tym. Powiększałam swoje stado. Kóz coraz więcej, to coraz więcej mleka, więc wpadłam na pomysł, żeby nadwyżki mleka sprzedawać, i tak też się stało. Mleko surowe i pasteryzowane sprzedawaliśmy. Zainteresowanie było naprawdę duże. Mieliśmy wówczas ponad 30 sztuk matek.

— W którym momencie zaczęła pani myśleć o swojej działalności w szerszy sposób?
— Gdy miałam 30 kóz. Był rok 1995. Kóz było coraz więcej i mleka było coraz więcej. Problemem okazała się również sezonowość. Zimą kozy z reguły nie doją się, natomiast latem jest tego mleka mnóstwo. Zaczęłam zastanawiać się, jak tu przerzucić część mleka z lata na zimę. Produkowaliśmy już co prawda twarożek, ale ta produkcja też nie rozwiązała problemu z nadwyżką mleka.
W 1998 roku postanowiliśmy pójść krok dalej i otrzymaliśmy zezwolenia służb weterynaryjno-sanitarnych na produkcję mleka koziego pasteryzowanego i jego przetworów. Sprzedawaliśmy je w olsztyńskich sklepach. Następnym krokiem była produkcja twarożku.

— Jakie rasy kóz są podstawą pani hodowli?
— Kozy rasy alpejskiej, a jej urozmaiceniem kozły rasy anglo-nubijskiej i kozy rasy mieszanej bursko-alpejskiej. Mam ponad 300 kóz.

— To spore stado. A jak z obiektami?
— Początkowo były to stare budynki gospodarcze, które adaptowaliśmy. Dopiero w 2003 roku, gdy stado liczyło już około 200 sztuk, skorzystałam ze środków Sapard i wybudowałam nową koziarnię. Był to nasz pierwszy obiekt wybudowany z tych środków. Rok później, korzystając z tych samych środków zaadaptowaliśmy starą koziarnię na porodówkę dla kóz. Kolejnym ważnym punktem w życiu naszego gospodarstwa była modernizacja przetwórni połączona z rozbudową i dostosowaniem naszej przetwórni do nowych wymogów nadzoru weterynaryjno–sanitarnego i standardów Unii Europejskiej. W tym przypadku również korzystaliśmy ze środków Sapard.
Mamy m.in. chłodnię wyrobów gotowych, dojrzewalnię serów oraz całe zaplecze pozwalające na przetworzenie mleka w czasie dwóch godzin po udoju. Dzięki temu nasze produkty mogą być i są zawsze robione ze świeżego niepasteryzowanego mleka. Przy produkcji opieramy się tylko na mleku pozyskanym we własnym gospodarstwie. Dzięki temu mamy pewność, że mleko i przetwory są najwyższej jakości.

— Czy po modernizacji wprowadziła pani na rynek nowe produkty?
— Tak. Już w tym samym roku, czyli w 2005, wprowadziliśmy na rynek jogurt i masło z mleka koziego, a w kolejnych latach ser podpuszczkowy w solance. Mamy serki solankowe z czosnkiem niedźwiedzim, czarnuszką, kozieradką, kolendrą, pieprzem, chili i suszonym pomidorem. Od tego sezonu mamy również sery wędzone.

— Wspominała pani o zapleczu pozwalającym na przetworzenie mleka w czasie dwóch godzin po udoju, czy to znaczy, że produkcja odbywa się u was codziennie?
— W zasadzie tak, bo codziennie musimy kozy wydoić, a jak już mamy mleko, to trzeba je przerabiać, więc nie ma tu niedziel, świąt i długich weekendów. Na szczęście mamy halę udojową na 12 kóz, więc dojenie idzie dość sprawnie i szybko.
Zimą jest chwila, żeby odetchnąć, bo kozy nie doją się. Można trochę odpocząć.

— Z tego co wiem, jest pani w swoim gospodarstwie zarówno technologiem, jak i marketingowcem?
— Zgadza się. Przypomnę, że gdy my zaczynaliśmy, nie było jeszcze internetu i jego nieograniczonych możliwości. Na początku dzwoniłam do wszystkich okolicznych hoteli, pensjonatów i restauracji. Wysyłałam oferty. Ktoś się zdecydował, ktoś odmówił. Później informacje rozeszły się pocztą pantoflową i z miesiąca na miesiąc było coraz lepiej, coraz więcej było stałych klientów. Dziś sporo osób przejeżdża po wyroby bezpośrednio do gospodarstwa, ale to są lata pracy, dokładnie ponad 20 lat pracy.
Od roku w prowadzeniu gospodarstwa pomaga mi córka Iza. Mamy uzgodniony podział obowiązków i tak sobie działamy. Poza tym oczywiście są osoby pomagające przy pracach polowych, wypasie kóz.

— Jesteście członkami sieci Dziedzictwa Kulinarnego Warmii, Mazur i Powiśla, czy taka przynależność pomaga?
— Jeżeli chodzi o nowych, dopiero zaczynających swoją działalność, członków, to oczywiście bardzo pomocna jest ta przynależność. Przede wszystkim w promowaniu produktów. My zostaliśmy przyjęci do stowarzyszenia w 2010 roku, czyli w zasadzie po 15 latach naszej pionierskiej działalności. Śmiało można powiedzieć, to przyjęcie do Dziedzictwa Kulinarnego, było zwieńczeniem naszej wieloletniej pracy.

— A jakim areałem pani dysponuje przy tak licznym stadzie?
— Swoich hektarów mamy niewiele, bazujemy głównie na dzierżawach. Na szczęście od 2016 roku jest to dzierżawa na 15 lat, więc można spać spokojnie. W sumie korzystamy z około 40 ha.

— Wyroby kozie kojarzą się ze specyficznym zapachem. W waszych wyrobach tego nie ma, może nam pani zdradzić, w czym tkwi tajemnica?
— Odpowiedź jest bardzo prosta. W okresie od kwietnia do listopada nasze kozy wypasane są tradycyjnie na rozległych pastwiskach, co zapewnia im różnorodność pokarmu. Chodzi człowiek i pilnuje kóz, a one po prostu w spokoju się pasą, szukają swoich przysmaków. Co ciekawe, najbardziej lubią chwasty, przede wszystkim perz. Tak, kozy to są specyficzne zwierzęta.
Jakbym mogła, to cały czas pasłabym kozy. Fascynującym zajęciem jest obserwowanie tych zwierząt. Wiele razy przekonaliśmy się, jakie są cwane. W zasadzie znają całą okolicę. Wiedzą, gdzie są kasztany, gdzie jabłka, gdzie najsmaczniejszy perz. Wszystko muszą oblecieć. Kiedyś sąsiad wyrzucił taczkę jabłek na drogę, to później przez miesiąc kozy biegały, żeby sprawdzić, czy są tam jeszcze te jabłka.
W okresie zimowym podstawowym pokarmem jest sianokiszonka, siano, otręby pszenne i owies. Nie korzystamy z gotowych koncentratów paszowych. I to jest cała tajemnica niepowtarzalnej kompozycji smaku mleka, a później wyrobów pochodzących z tego mleka. Natura, natura i jeszcze raz natura!

— Jak pani myśli, czy dla ludzi, którzy teraz chcieliby zacząć swoją przygodę z kozami, byłby zbyt na wyroby przez nich wytworzone?
— Jak najbardziej tak. Na każdą żywność naturalną jest zbyt i tu nie chodzi tylko o kozy. Ktoś może mieć np. kilka krów, naturalnie je żywić i będzie miał dobre mleko, które może przetwarzać i sprzedawać. To mogą być świnie, z których powstaną naturalne wyroby bez polepszaczy smaku. Dziś właśnie tego ludzie poszukują. Prostego, naturalnego, a przede wszystkim zdrowego jedzenia, takiego, jakie jedli ich przodkowie.

Monika Kopaczel-Radziulewicz
m.radziulewicz@rolniczeabc.pl












Komentarze (0) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB