Garnki na japońskim kole

2018-04-03 11:30:00 (ost. akt: 2018-04-03 11:34:43)

Podziel się:

Autor zdjęcia: Archiwum prywatne

Na swoim\\\ O cennym wyróżnieniu, pasji, inspiracjach oraz dalszych planach, a także o tym, skąd wziął się pomysł na bardzo niezwykłą pracownię, rozmawiamy z Martą Florkowską i Pawłem Szymańskim z Garncarni w Kamionku Wielkim koło Węgorzewa.

— Garncarnia pod koniec ubiegłego roku została wyróżniona znakiem jakości Produkt Warmia Mazury. Czym dla państwa jest to wyróżnienie?
Marta Florkowska: — Chcielibyśmy być bardziej widoczni w regionie. Sam certyfikat daje nam poczucie, że jesteśmy zauważani przez turystów i lokalnych przedsiębiorców, przez osoby, które wytwarzają produkt lokalny. My tworząc naszą pracownię, mocno nawiązujemy do tradycji Warmii i Mazur, do jej historii, rzemiosła.
A jednocześnie to logotyp Produkt Warmia Mazury będzie naszą wizytówką, bo będzie pokazywał, że jesteśmy stąd.

Paweł Szymański: — Sam produkt to tylko jedna składowa tego, czym się zajmujemy, bo prowadzimy również warsztaty garncarskie, zajęcia ze studentami, warsztaty budowy pieców garncarskich, wytwarzania cegieł. Dlatego we wniosku, który składaliśmy do Produktu Warmia Mazury, opisaliśmy ów produkt jako odtworzony przez Garncarnię „proces technologiczny wykonywania rekonstrukcji naczyń z terenu Warmii i Mazur od okresu prehistorycznego do początków XX wieku”.

MF: — Innymi słowy, chodzi o cały proces, czyli przygotowanie gliny, przystosowanie pieców garncarskich, w których naczynia są wypalane, a przy okazji to współpraca z archeologami, instytucjami kulturalnymi, muzeami, a w efekcie prowadzenia warsztatów, na których uczymy metod wytwarzania historycznej ceramiki.

PS: Rekonstrukcja naczyń pozwala nam np. odtworzyć dawne potrawy, które przyrządzano w nieistniejących już naczyniach. Jednocześnie rekonstruujemy dawne smaki.

— Żeby Garncarnia mogła zostać Produktem Warmii Mazur, najpierw musiała powstać. Jakie były jej początki?
PS: — Był rok 2001. Musiałem szukać nowej pracy. Trafiłem do Muzeum Kultury Ludowej w Węgorzewie. Tam zacząłem stawiać pierwsze kroki związane z garncarstwem, tam ukończyłem kurs. Zostałem też wysłany na Litwę, gdzie poznałem swojego mistrza Stanisława Averke.
W efekcie w 2001 r. w Kamionku Wielkim rozpocząłem aranżację pracowni, a w 2004 poznaliśmy się z Martą. Od tamtej pory wspólnie prowadzimy Garncarnię.

— A dlaczego wybrał pan właśnie garncarstwo?
PS: — To był przypadek. Aplikując o pracę w muzeum, bardziej byłem nastawiony na ciesielstwo, bo mój dziadek był znanym cieślą na Litwie i potrafiłem się tym zajmować. Jednak ówczesna pani dyrektor miała na mnie inny pomysł.
MF: — Nie jesteśmy po szkołach artystycznych. Ja brałam udział np. w warsztatach ceramicznych w różnych pracowniach na Litwie. To bardziej kwestia pewnego zmysłu artystycznego, zdolności manualnych.
Garncarnia powstała siłami naszych rąk. Jesteśmy samowystarczalni, co nieczęsto się zdarza.
PS: — To, co mówiła Marta o tym, że pracownia powstała dzięki pracy naszych rąk, wynikało z tego, że na początku po prostu panowała bieda. Wszystkie narzędzia musiały być zrobione prosto i tanio. To nie kwestia tego, że chciałem, żeby tak było, po prostu musiałem wykonać je własnoręcznie.
Okazało się, że był to strzał w dziesiątkę. Nie zdawaliśmy sobie sprawy, że taka jest potrzeba. Początkowo byliśmy wręcz zażenowani tym, co jest w pracowni, ale zauważyliśmy, że to jest to, co ludzi do nas przyciąga.

— Czy biorąc pod uwagę państwa wieloletnie doświadczenie, można się pokusić o stwierdzenie, że następuje powrót do dawnego rzemiosła? Czy raczej to chwilowe zauroczenie?
MF: — Na Warmii i Mazurach pracownie rosną jak grzyby po deszczu. Według nas nie jest to żadna konkurencja, wręcz przeciwnie, ich powstawanie pokazuje, że warto się tym zajmować, a przy okazji do regionu przyciągają kolejne osoby zainteresowane rzemiosłem. Myślimy też o tym, żeby sobie wzajemnie „przekazywać” turystę.
Wracając do pytania, osoby, które nas odwiedzają, są zainteresowane ręczną wytwórczością. Nawet, jeśli jest ona koślawa, niedoskonała.
PS: — Myślę, że jest duże zapotrzebowanie na dobrej jakości autentyczność. Nie robimy jakiegoś Hollywood, nie wymyślamy udziwnionych rzeczy. Bardziej zależy nam na tym, żeby można było ludzi w trakcie zabawy edukować, pokazywać, jak rzeczywiście mogło to wyglądać. Dlatego uważam, że takie pracownie powinny współpracować z ośrodkami naukowymi, instytucjami muzealnymi.

— W tej rozmowie wątek rzemieślniczy łączy się z edukacyjnym, a wręcz naukowym. Jednym z przejawów tego są mapy, które Państwo gromadzą?
PS: — Interesowały nas nie tyle stare mapy, co miejsca, gdzie potencjalnie znajdują się dobrej jakości gliny. Nie mamy dostępu do dokładnych map geologicznych. Pomyśleliśmy więc, że na mapach można znaleźć miejsca oznaczone jako cegielnie, garncarnie. To był bodziec do tego, żeby poszukiwać archiwalnych materiałów. Okazało się, że efekty pracy dawnych kartografów są już w wersji cyfrowej.

— W Garncarni są prowadzone warsztaty na... kole japońskim. Skąd w warmińsko-mazurskim warsztacie garncarskim urządzenie z drugiego krańca świata?
PS: — To efekt prac badawczych, które prowadzimy. Mieliśmy wątek związany z historią i rozwojem koła garncarskiego. Ponieważ nigdzie nie znalazłem dobrych opisów technicznych kół, to zmobilizowało mnie, żeby podjąć się rekonstrukcji i badań związanych z mechaniką tych prostych urządzeń.
Jako jedno z pierwszych kół, które odtworzyliśmy, było koło typu japońskiego. Rekonstrukcja powiodła się za pierwszym podejściem. Dopiero jak zaczęliśmy się na nim „bawić”, okazało się, że to kapitalne urządzenie, które można promować jako koło dla dzieci, dla osób niepełnosprawnych.
Takie koło pozwala szybko się uczyć, relaksować przy pracy. Różni się od kół europejskich tworzonych z myślą o seryjnej produkcji. W Japonii ceremonia herbaty w naturalny sposób włącza również tworzenia ceramicznych utensyliów i czyni z tego pewien rytuał.

— Skoro mowa o herbacie, to nie mogę nie wrócić do kulinariów. Wspominali państwo o potrawach przyrządzanych w tradycyjnych naczyniach. Proszę zdradzić jakiś najprostszy przepis na danie, które smakuje wyjątkowo dzięki wytwarzanym w Garncarni naczyniom?
PS: — Bliny! Z tego względu, że jest to potrawa naszych korzeni. Część mieszkańców Warmii i Mazur przyjechała z Wileńszczyzny. Tam główną potrawą zastępującą chleb były bliny, czyli różnego rodzaju placki mączne, ziemniaczane, gryczane, które były wypiekane w piecach chlebowych.
Okazuje się, że taki prosty, mączny blin, czyli mąka, mleko, jajko, trochę soli, wypiekany na glinianej patelni łatuszce, ma całkowicie odmienny smak niż ten smażony na teflonowej patelni. Jeśli bliny je się ze specjalnym sosem, maczałką,czy wereszczką, jest to coś niesamowicie smacznego.
MF: — Kiedy wypiekamy chlebki lub bułeczki, ludzie, którzy do nas przychodzą, pytają, dlaczego to jest takie spalone. Czasem faktycznie zdarza się, że z jednej strony wypiek jest podwęglony, skórka jest twarda, bo przecież ciasto musi się wypiec w środku. A ludzie są przyzwyczajeni do pięknego, wyglancowanego chleba, który błyszczy. Wtedy mówię, że to zdrowiej na żołądek.
— Plany na przyszłość. Czym jeszcze państwo nas zaskoczą?
PS: — Pomysłów jest dużo: zintensyfikowanie działań wokół rzemiosł, szersza współpraca z ośrodkami akademickimi.
MF: — Na pewno nowym pomysłem jest podejście do warsztatu rozwojowego, osobistego, z wykorzystaniem arteterapii czy rzemiosła. Chodzi o spojrzenie w siebie. Paweł jest takim typem człowieka, że jak już coś zrobimy, to on szuka czegoś nowego.

Łukasz Razowski
l.razowski@gazetaolsztynska.pl

Na swoim: W naszym cyklu pokazujemy małe firmy. Te które działają od lat i te, które dopiero startują. Rozmawialiśmy już z przedsiębiorcami z Olsztyna i Ełku, ale też z Tuszewa koło Lubawy i Idzbarka koło Ostródy. Jeżeli chcecie, żeby z Wami porozmawiać, napiszcie do mnie na Facebooku.
Igor Hrywna



Marta Florkowska i 

Paweł Szymański od 2004 roku wspólnie prowadzą pracownię Garncarnia


Komentarze (0) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB